Z perspektywy barmana: Open Bar.

Z perspektywy barmana.
Z perspektywy barmana.

Każda profesja ma dobre i złe strony. Oczywiste… Barmaństwo należy jednak do takich ewenementów, w których to pozytywne aspekty pracy w połączeniu z potężną dawką pasji umiejętnie przysłaniają te gorsze chwile. Ważna jest radość płynąca ze świadomości wykonywanego przez siebie zajęcia. I już….

Bardzo często zdarza się jednak, że nasze nerwy narażane są na nie lada wyzwania. Jak cała rasa ludzka posiadamy granice wytrzymałości. Momenty te jednak po czasie okazują się być wspaniałymi wspomnieniami wielokrotnie przytaczanymi wśród bliskich. Dzięki magicznej otoczce towarzyszącej naszej profesji, wszelkie niepowodzenia okazują się być kolejnym sukcesem charakteru, który nabiera to coraz większego wyrazu. W celu odnalezienia owych najbardziej ekstremalnych momentów, w których to byłem o krok od zapaści fizyczno – nerwowej, udaję się w sentymentalną podróż w przeszłość. Wiem. Zwycięzcą tego pozornie niechlubnego rankingu okazuję się być dzień, w którym pracowałem na otwarciu jednego z warszawskich ‚lokali’ o ‚duuużych aspiracjach’ jak na warunki którymi dysponował. Miejsce było w stanie pomieścić mniejszą ilość osób niż ta, która właśnie zjawiła się tej epickiej nocy. ”Chałtura” (przepraszam za tak plebejskie określenie) – właśnie taki charakter miało to wydarzenie. W dosłownym tego słowa znaczeniu…

Legiony spragnionych gości, zwierzęco rozjuszonych poprzez uciążliwe czekanie na swoją kolej, bezwzględnie i agresywnie walczących o dogodniejsze miejsce w tym fatalnym korku. 6 biednych barmanów, na swoich białych koszulach prezentujących połowę menu obowiązującego podczas tego zacnego wydarzenia, dwojących się i trojących, robiących wszystko aby zadowolić najeźdźców. Rozbudowana selekcja koktajli, sprawiła, że ludzie w desperackim geście zamawiali 7,8,9 etc. razy daną pozycję. Dzięki temu większą ilość czasu mogli cieszyć się imprezą i specjałami oferowanymi przez barmanów, niż znaczną jego część spędzić na pogowaniu przy barze. Napór trwał długo i bywał czasami bolesny. Opętani wizją osuszenia baru do ostatniej kropli goście, w ramach niecierpliwości podejmowali próby wyciągnięcia butelki ze speedrack’ów. Czyste ekstremum. Rycerze stojący za barem, dzierżąc w dłoniach insygnia barmańskie robili wszystko aby sprostać wyzwaniu rzuconemu przez licznie zgromadzoną współczesną miejską szlachtę. Piękne chwile…Mimo ogromnego wyczerpania fizycznego i psychicznego satysfakcja z przeżycia tej batalii napawała mnie ogromną radością.. Kolejne doświadczenie, dzięki któremu zrobiłem kolejny krok do wymarzonego profesjonalizmu. Takie nastawienie pozwoliło mi szybko zapomnieć o wycieńczeniu fizycznym i przysłoniło wszystkie przykre sprawy.

Chałtury… Hmm… Mimo tego, że zazwyczaj pracuję się na nich dużo ciężej, przy niskim serwisie, gorszych warunkach i wydarzenia im towarzyszące są dużo bardziej drastyczne niż w wyżej wymienionej historii, to uważam, że są świetną formą treningu, samokształcenia i dodatkowego zarobienia cennych pieniędzy. Są bardzo ważne przy niskich zarobkach, które niestety oferuje nam współczesność…

Tekst: Święty z Bostonem.

One thought on “Z perspektywy barmana: Open Bar.

  1. Chałtura!
    Pieknie brzmi, czasem bywa i dla nas nauką, doświadczeniem, treningiem, a czasem (np jak w moim obecnym miejscu pracy), bywa całkowitym niewypałem obnażającym jedynie ludzką głupotę, chamstwo i ignorancję. Od pewnego czasu już nawet nie bawimy się w koktajle (co jest smutne), ponieważ miast przykładowej Caipiroscy 90% imprezy wolało wódę na stół i zestaw kieliszków… O tempora, o mores!

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s