Z Perspektywy Barmana: Niezwykła Liga Prawdziwych Dżentelmenów

Wydaję się, że już wszyscy  jesteśmy zmęczeni lamentami nawołującymi do obecnej sytuacji barmaństwa w Polsce. Obecny wygląd jest jaki jest. Ważne jest natomiast to, że wszystko idze do przodu. Co więcej tempo staję się być coraz bardziej imponujące.

Skupić pragnę się na jednym z czynników determinujących progres naszej rodzimej sztuki barmańskiej. Czynnik ludzki.

Wybierając się w podróż do Krakowa mym umysłem targały dziwne myśli. Stres, trema, niepewność. Udając się co chwilę do przesiąkniętej ludzkimi odchodami toalety w celu pożarcia papierosa zastanawiałem się co może mnie czekać podczas wydarzenia. ‚Liga Niezwykłych Dżentelmenów’. Dżentelmen ze mnie żaden. Problemy mam nawet ze spuszczaniem po sobie wody w toalecie czy przepuszczaniu dam przodem. Na całe szczęście znajomość Savoir Vivre nie grała  znaczącej roli.

Jak się okazało jednak później miałem przyjemność znaleźć się w gronie prawdziwych dżentelmenów. Gdyż patrząc z innej perspektywy wyznacznikiem prawdziwego mężczyzny nie musi być schludny wygląd, odpowiedni takt czy wrodzona kultura osobista. Niezbędna jest również pasja, życie w zgodzie z samym sobą oraz obłędny wzrok świadczący o elemencie szaleństwa, tkwiącym w każdym z nas.

Uczestniczenie w 7 edycji niesamowitego konkursu rozpoczęło się wraz ze stawieniem  na miejsce w Le Scandale Garden. Odprawa, losowanie numerów startowych. Do dzieła zatem.

Podczas edycji wystąpiło 14 zawodników. Każdy z dżentelmenów różnił się od siebie znacząco. Widowiskowa mieszanka styli, inspiracji, wiedzy. Mnóstwo kapitalnych technik. Niewiarygodne sposoby serwowania. Opowieści, historie.  Tak się uprawia barmaństwo na Małopolsce!

Mój zachwyt potęgował fakt, że każdy z odninków ma swojego bohatera w postaci partnera alkoholowego. Tym razem padło na rumowy likier kokosowy… dobrze wszystkim znany. Zasłynął swą jakością, w konfrontowaniu go z mlekiem. Nieistotne. Świadczy to, o rozmiarze wyzwania postawionym przed uczestnikami. Jak się okazało wszyscy zwyciężyli.

Kultowa postać Krakowskiej sceny – Andrzej Rachwalski, zaserwował poncz kultywując tym samym kulturę integralnego cieszenia się alkoholem. Reprezentujący topowe miejsce Krakowskiej Sceny Barowej – Baroque jak i dobrze wszystkim znany z pracy w roli brand ambasadora rodzimego marki – Z.Kozuba I Synowie. Mateusz ‚Świeżak’ Szuchnik. ‚Warszawski Goryl’ zaprentował wariację na temat Old – Fashioned. Niezwykle interesująca była wariacja na temat Sazeraca. Koniak infuzowany prażonym sezamem. Było ciekawie. Obecne również były tajskie inspiracje. Ponadto mieliśmy okazję zobaczyć współczesną wariację na temat ‚ M… Z Mlekiem autorstwa Dominika Ubysza. Bardzo wysoki, wyrównany poziom. Każdy, kto tam był, potwierdzi. ‚Kraków miota unikatowym stylem!!!’

Szymon Cieśla stworzył wokół siebie niesamowitą aure improwizując zabawną scenę bespośrednio nawiązującą do prezentowanego przez siebie koktajlu. Na co dzień pracujący w ‚Skandalach’ swoją kreacją –  Cocaine Coconut zdobył 3 miejsce na podium. Bardzo wysokie wyczucie estetyki oraz interesująca selekcja składników. Talent…

To był wstrząs. Prezentacja Marcina znanym wszystkim pod pseudonimem Machiatto. Ogromną pasją darzy sztukę parzenia kawy. Jego studia nad tą problematyką zaowocowały występem, w który wszyscy obecni uważnie się wpatrywali. Marcin pokazał swoje spojrzenie na możliwości przemycania kawy do przestrzeni wypełnionej koktajlami. Tym samym do Scandale Garden przyniósł old – school’ owy syfon służący do przygotowywania kawy. Zaprezentował  wariację na temat Pina Colady. Mieszanka kawy jaką wybrał, pochodzi z Panamy i charakteryzuję się kapitalnym aromatem, w którym główna rola przypada ananasowi. Niesamowicie owocowy zapach. Swój koktajl zaserwował w stylowej porcelanie. Był wyśmienity. Widowisko było równie smaczne. Marcin zajął II miejsce.

Jakub Kozłowski reprezentujący Colombie w Warszawie. Klasa. Jego inspiracja uderzała w kulturę pop – artu i ściśle nawiązywała do twórczości Andy Warhola. Podczas swojej prezentacji opowiedział kapitalną historię, która została uwieńczona wyśmienitym sposobem zaserwowania. W puszcze po konserwach oklejonej grafiką z Marlin Monroe autorstwa właśnie Warhola. Każdy ze składników miał swoje przeznaczenie i genezę. Dżentelmen prowadzący bar w prawdopodobnie w jednym z trzech najlepszych miejsc w Polsce, zasłużenie zwyciężył 7 odcinek Ligi Niezwykłych Dżentelmenów. Finał odbędzie się zatem z udziałem czołowej postaci Warszawskiej Sceny Barowej jak i ogólnokrajowej.

Liga Niezwykłych Dżentelmenów – 9 odcinków eliminacyjnych i jeden wielki finał. To pierwszy projekt tego typu umożliwiający integrację środowisku barmanów w takich okolicznościach.

Wielki krok ku lepszej przyszłości. Ważny jest czynnik ludzki. W tym wypadku Marcin Dąbek, dobry duch Polskiego barmaństwa. Organizator wielu emocjonujących konkursów sztuki flair. Twórca Impresive Flair Bar. Dyrektor katedry Międzynarodowej Szkoły Barmanów i Somelierów w Krakowie. Twórca konkursu, za który wszyscy bracia barmani jesteśmy ogromnie wdzięczni. Wreszcie liczy się styl, flow i oryginalność. Potężna platforma rozwoju. Jeden chociażby występ pcha nas do przodu. Zmusza do rozwoju. Regeneruję i wzbogaca o kolejne pomysły.

Coraz więcej projektów. Mamy Bar Symposium. Liga Niezwykłych Dżentelmenów. Mamy możliwość brania udziału w prestiżowych międzynarodowych konkursach. Coraz więcej wartościowych barów oraz możliwości rozwoju. Bracia barmani. Coś czuję. Nadchodzą dobre czasy. Lepsze…

Każdy, kto jeszcze nie zdecydował się odwiedzić Krakowa w pierwszy poniedziałek przyszłego miesiąca, niech przechyli szalę i zakreśli grubą kreską tą date. Warto.

Tymczasem Niezwykli Dżentelmeni spełniajmy swą powinność i wracajmy za bar kontynuować postawione cele. Do zobaczenia w pierwszy poniedziałek przyszłego miesiąca.

Święty Z Bostonem

Bez Odbioru

swietyzbostonem@gmail.com

Reklamy

Z Perspektywy Barmana: Ćma Barowa

Po zachodzie słońca, życie w barze płynie własnym torem. Każdego wieczoru stajemy przed tym samym wyzwaniem. Oddając się tradycji naszego rzemiosła zobowiązani jesteśmy nawracać, tłumaczyć, przekonywać… dzielić się odrobiną tkwiącej w nas pasji oraz sukcesywnie zarażać nią.

Kontakt z ludźmi? To priorytet. Każdego dnia spotykamy niezwykłe postacie.

Studenci, biznesmeni, ludzie sukcesu, celebryci, przedstawiciele różnych subkultur… artyści, alkoholicy, tępe laski, jeszcze głupsi kolesie, barmani etc. To morze charakterów, z którym przychodzi nam mierzyć każdego kolejnego wieczoru.

Niektóre z osobistości wdzierają się w nasze barowe życie. Często zasługują na szczególną uwagę. Zapisują się w naszej pamięci na długi czas. Interesujący charakter, oryginalne poczucie humoru, wysoki poziom kultury osobistej… ulubiony koktajl. Te wszystkie czynniki wpływają na to, że bez powodu za kilka lat można wygrzebać ze swoich wspomnień właśnie tą osobę, której bez słowa serwowałeś ulubiony trunek jak tylko przekraczała próg lokalu.

Już dłuższy czas mam sposobność obcować z wyjątkowym charakterem. Zagadkę rozstrzygam podczas długich obserwacji Niesamowite jest to, że jest to wielce poetycka postać. Wyobrażam ją sobie żyjącą w innej epoce. Wieczór zwykle zaczyna od Negroni. Uwielbia topić swoje kubki smakowe w historii tego koktajlu. Rozkoszuje się wszelkiej maści Cobblerami. Podkręcając apetyt ulubionym rarytasem, oddaje inicjatywę barmanom oczekując emocji, pasji i… rozmowy. Swój cały wolny czas poświęca na miksologiczne wojaże kontynuując każdego kolejnego dnia swój aromatyczny rejs. Ochrzciliśmy ją pseudonimem – ‚ćmy barowej’. Jednak ja pragnę jej nadać miano motyla.

Motyl ten rozwija swe skrzydła wówczas gdy z każdej strony otaczają go silne aromaty, wyrazisty smak oraz otoczka towarzysząca delektowaniu się tymi doznaniami. Wrażeń poszukuje wszędzie. Ciężko jest stwierdzić ilu miejsc jest w stanie skosztować w ciągu jednego wieczoru. Absorbuje swoją osobą wielu/e Warszawskich barmanów/ek. Oczekuje rozmowy… Potrafi być mecząca. Doskwiera jej samotność.

Potrafi milczeć. Wtedy najczęściej czyta gazety, książki, pisze… pije wino.

Można dopisać nieskończoną ilość historii obserwując ją. Stanowi wielką zagadkę.

Czy topi swoje smutki w koktajlach i barowych polemikach? Czy po prostu czuje pokrewieństwo dusz z rzemiosłem barmańskim ?

Zjawiskiem jest jej obecność podczas Bar Symposium Warszawa. Kupiła bilet, uczęszczała na wykłady. Cieszyła się tym wydarzeniem tak jak wszyscy inni obecni. Zarażony Motyl Barowy.

To nadaje sens temu wszystkiemu. Tłumaczy po co każdego kolejnego dnia stajemy za barem. Po to właśnie aby widzieć efekty pełnionej przez nas misji..

Ś.Z.B

Z Perspektywy Barmana: Cisza W Eterze.


 Cisza… Ciężko jest przemówić po dłuższej nieobecności. Im dłużej milczymy tym trudniej jest nam się otworzyć na rozmowę. Przynajmniej w moim wypadku. Umysł spętały mi perypetie związane z problemami dnia codziennego… oraz brak odpowiedniej strategi pomagającej w organizacji swojego życia. Obowiązki… Wraz z wiekiem ich ilość się mnoży. Podzieliłem się z Wami tą prywatną refleksją aby usprawiedliwić niezrozumiałą absencję.

Powracam, aby kontynuować cykl przemyśleń. Każdy dzień dostarcza zaskakująco dużą porcję inspiracji, które stymulują marzenia oraz motywują do działania. Naprzeciw im stają problemy oraz bariery narzucane przez rzeczywistość.

POLICZEK

Zmiana pracy. Emocjonująca chwila, której miałem okazję doświadczyć całkiem niedawno. Ostatni rok swojego życia spędziłem w klubowej atmosferze i perspektywa pracy w podobnej scenografii nie była dla mnie zbyt pociągająca. Adrenalina oraz napięcie wzrastało wraz ze zbliżaniem się pierwszego dnia w nowym miejscu.

3 dni próbowałem swoich sił w ‚kultowym’ punkcie, który zniesmaczył mnie okrutnie pozorami jakie szczegółowo pielęgnował. To wszystko było ponad moje siły i cierpliwość. Pod wydawałoby się ‚luksusowym’ wystrojem, oraz wysokimi cenami kryło się uprzedzenie do jakości. Jedna z osób piastujących wyższe stanowisko, stwierdziła, że jest to elitarne miejsce. Na barze rekordy popularności biły mało wyszukane zamówienia, które były realizowane w mało wyszukany sposób. Komercje można robić przecież również w dobrym stylu. Jak się niestety okazuję… nie zawsze.

Dnia drugiego odbyło się zgromadzenie, na którym mieszczanie kajali się przed burmistrzem… i wyższymi urzędnikami. Podczas uroczystego spotkania wymieniono po kolei standardy pracy obowiązujące w danym miejscu. Po czym była już tylko poezja. Burmistrz z wyrazem terrorysty przemówił. Uwagę skupił na karczmiarzach. Określił ich mianem złodziej. Taka ponoć natura tej warstwy.

Czas zejść na ziemię. Według najważniejszej postaci tego miejsca, nie ma barmana, który nie jest złodziejem. Wszyscy nimi jesteśmy i równie dobrze można byłoby nas zwolnić, jednak po co?! Skoro i tak przyjdą kolejni złodzieje na nasze miejsce więc to bez sensu. Padło jeszcze kilka zwrotów grzecznościowych, po czym… Zwracała się kolejno do każdego z grona świeżych złodzieji pytając konkretnie: ‚Skąd przyszedłeś złodzieju?’. Doszła w końcu do mnie. Dotkliwy policzek. Straciłem wtedy cały honor. Mogłem wyjść po prostu. Odpowiedziałem jednak… i czułem się fatalnie przez długi czas z tego powodu. Cierpiałem będąc tam. Trzeciego dnia przyszedłem do pracy świadomy, że to ostatni terror przed ewakuacją.

Najbardziej szokujące było to, że nie czułem aby moi nowi kompani wzruszyli się tym specjalnie… jakby te słowa w ogóle nie miały wpływu na ich samopoczucie. Upadli barmani…

Przykre doświadczenie, ale wzmocniło mnie o przekonanie, że właśnie na takich ludzi nie warto zwracać uwagi. Nie ma sensu. Róbmy swoje…

Do usłyszenia niebawem

Ś.Z.B.

Z Perspektywy Barmana: Skazani na studia…

Z perspektywy barmana.
Z perspektywy barmana.

Poszukując rentownego zajęcia kierujemy się określonymi kryteriami, które wyznaczają nam odpowiednią drogę naszych zawodowych łowów. Wszystko oczywiście ściśle uzależnione jest od naszego statusu życiowego i… wieku. Istotne jest aby nasza wymarzona praca wiązała się z atrakcyjnymi zarobkami. Kolejnym kryterium jest zużycie energii poprzez wysiłek fizyczny i psychiczny jaki jesteśmy zobowiązani włożyć w nasze obowiązki. To jest ważne. Każdy przecież chce ‚zarobić i się przy tym nie narobić!’. Te wartości, które zostały wymienione powyżej należą do grupy płytkich. Niestety w niektórych środowiskach branżowych odsetek ludzi charakteryzujących się tym przysposobieniem do życia i pracy, jest skandalicznie… za dużo! Ludzie są namaszczeni hedonistycznymi skłonnościami i niekiedy są one najwyżej uplasowane w piramidzie priorytetów.

‚ŚREDNIA ZAROBKÓW TO 5 TYSIĘCY…JAKA SZKODA, ŻE W 5 MIESIĘCY!’

Od czasu do czasu zdarza mi się posłuchać radia. Kiedyś niezupełnie przypadkiem natrafiłem na jakże ciekawą audycję, w której poruszana była problematyka pracy za barem. Bardzo interesujący materiał opowiadający o superlatywach związanych z tym zajęciem. Słuchając uważnie gości tej stacji i ich malowniczych wypowiedzi, przed oczami uformował mi się obraz przedstawiający utopijną wizję życia barmana. Słuchając kolejnych aspektów wymienianych podczas audycji, najbardziej był charakterystyczny moment, w którym poruszona została kwestia finansów. Przede wszystkim uderzyło mnie stwierdzenie mówiące o tym, że w tej branży dużo się zarabia. Co jak co, jednak mówiąc o gastronomii nie powinno się generalizować. Z dnia na dzień wszystko może ulec zmianie… Średnia zarobków została określona jako 5 tysięcy. W moich oczach jest to całkiem pokaźna kwota i grubo przesadzona. Są miejsca, które oferują takie sumy banknotów, jednak jest ich bardzo mało. Nie koniecznie idą one w parze również z jakością wykonywanej pracy…

Takie stwierdzenia niektórych bardzo stymulują i przenoszą w świat marzeń. Student borykający się z bezrobociem, zmuszony do życia na konserwach i ‚kebsach’ słysząc takie wypowiedzi wpada na szczwany plan. Będę królem baru. Niczym Tom Cruise podrzucę kubkiem… kobiety oszaleją. Kolorowego drina sporządzę, wrzucę ‚słomkę’ i cytrynkę. Zgarnę dużą kapustę i będzie pięknie. Yeahhh… Lekko łatwo i przyjemnie.  W ten sposób zmotywowana armia przyszłych barmanów kończy kursy mówiące o ich przygotowaniu i gotowości do pracy.  Każdego miesiąca jest ich coraz więcej i więcej. Mnożą się w zastraszającym tempie. Rynek jest przesycony, rynek się psuję… może być źle.

Podróżuję po portalach gromadzących oferty pracy i znajduję… setki ogłoszeń, w których ‚barmani’ rozpaczliwie poszukują pracodawcy, reklamując swe osoby w krótkich tekstach typu: ‚Pilnie poszukuję pracy w charakterze barmana. Mam duże doświadczenie, znam języki, jestem uczciwy…’ Stosunek takich ogłoszeń do realnych ofert jest miażdżący. Świadczy to o fatalnej sytuacji w gastronomii. Również o tym,  że rzeczywistość weryfikuję drastycznie nasze marzenia i nie jest tak pięknie jak chociażby w … radiu! Gdzie zatem te kolorowe drinki i piękne panie [czy mężczyźni] okupujący nasz bar?!

Barmaństwo w naszym kraju nie jest postrzegane jako profesja. To boli. Nasz ‚zawód’ odbierany jest właśnie jako piękne zajęcie, które wiernie będzie nas zaopatrywało w tłustą gotówkę przez czas, który spędzimy na studiach. Stosunek ludzi, którzy wykonują tę pracę z miłością i pasją jest jeszcze za mały. Na rzecz opętanych zajawkowiczów, barmaństwo bombardowane jest sezonowymi graczami, którzy lewitują za ladami, oczami błądząc gdzieś w przestworzach, będąc jednocześnie esencją wszystkich stereotypów krążących w eterze o sylwetce barmana/ki.  Goście odwiedzający ich bary częściej zaskakują, niż są sami zaskakiwani… Taka tej profesji studencka dola jest…

Doceniać należy tych ludzi, którzy ponad atrakcyjne zarobki stawiają rozwój i pasję. Oni rządzą za barami, błyszczą i nadają tej profesji miano sztuki. Hipnotyzującymi ruchami niczym malarze tworzą dzieła sztuki. Nie chodzi tu o te ‚5 tysięcy’. Chodzi o miłość, spełnienie i możliwość kreowania dobrego imienia barmaństwa, rzeczy, która nadaję sens życiu niektórym ludziom. Nadzieję należy żywić, że narodzi się pokolenie barmanów, którzy stworzą nowy gatunek… Natural Born Bartenders…

One Love…

Święty Z Bostonem: swietyzbostonem@gmail.com

Z Perspektywy Barmana: Café Zaplecze

”Małe tak, że zaledwieś wszedł, zniżasz głos aż po szept.

Mimochodem, kamien w wodę,

wpadnie coś z bardzo wielkich spraw

w czarną toń małych kaw.

Kawiarenki na, na, na, kawiarenki na, na, na

Z cienia w pół i ze światła w pół ty i ja, i nasz stół

Za witrażem szklanych marzeń ledwo świat

poznajemy już, choć jest tuż” – Irena Jarocka – ‚Kawiarenki’

Barmaństwo. To iście poetycki fechtunek… Będe to powtarzał do bólu. Praca w gastronomii potrafi być potężnie absorbująca. To również pragnę przypominać non stop. Niekiedy nie starcza czasu na głupi wypad by cieszyć się przysłowiową kawą. Niektórzy pracują bardzo dużo, poświęcając się swojej pasji i drodze kariery bez reszty. Przemierzając ulice automatycznie chwytamy pierwszy lepszy papierowy kubek wypełniony upragnionym napitkiem. Zabijamy tym samym całą mistyczną otoczkę związaną z rytuałem picia tego napoju. Wyrzekamy się unikatowego smaku rozmowy, jaki otrzmujemy sącząc ten płyn w towarzystwie drugiej osoby. Okrutne czasy nastały…

Tak… Powtórzymy jeszcze raz. Barmaństwo, to iście poetycki fechtunek… Ale nie na negatywnych emocjach skupiajmy swą uwagę. Większość lokali zazwyczaj składa się z kilku elementów, które wspólnie tworzą spójną całość. Bardzo istotnym punktem na mapie baru, restauracji, klubu… wydaję się być przestrzeń, które pragnę nazwać… kawiarnią. Miejscem, które w jakiś sposób rekompensuję brak możliwości cieszenia się przywilejem bywania w lokalach tego typu. Zajmuję doprawdy zasłużoną pozycję, dzięki bogatemu wkładowi w życie towarzyskie większości pracowników danego lokalu. Ono w pewnym sensie jest życiem towarzyskim, a bynajmniej coraz większą jego częścią się staję w miarę upływu czasu jaki spędzamy w danym miejscu… Zapraszam na zaplecze…

KAWA I PAPIEROSY

Przychodzi nam pracować w różnych miejscach. Co za tym idzie, warunki bywają również za każdym razem inne. Czasami znajdujemy w dantejskich warunkach, mając do dyspozycji nie grzeszącą wiekiem wypażarkę, parę tac, ledwo zipiący zlew… jeszcze kilka innych bezcennych gadżetów potrzebnych do wykonywania swoich obowiązków. Dwie obskurne pufy oraz stolik wyprodukowany przez szwędzką korporację, stanowią bogate umeblowienie. A wszystko to znajduję się w klaustrofobicznym pomieszczeniu, w którym grzyb na ścianach rozwiją się z prękością równą roprzestrzenianiu się jakiegoś złowieszczego wirusa. Ekstremum… Tu spożywamy posiłki i spędzamy wszelkie swoję przerwy…

Przychodzi nam również pracować w miejscach, które dysponują okazałym zapleczem, w których to przykłada się jakąkolwiek uwagę do higieny i porządku. Może to wynikać z tego, że dany lokal jest restauracją serwującą różne wariację kulinarne. Warunki ówczas muszą być sterylne, gdyż spoczywa na nas odpowiedzialność zadowolenia i zdrowia żołądków naszych konsumentów. Zaplecze sanitarne, umowa o pracę i wszelkie dogodności…

Nieistotne w jakim miejscu pracujemy i czy pijemy sypaną na szwedzkim stoliku, czy pożeramy steka na wygodnym siedzisku. Przeznaczenie zaplecza pozostaję takie samo. Funkcjonalność jest zmienna….

Cafe Zaplecze… Miejsce gdzie dzieję się wszystko czego na pierwszy rzut oka nie widać. Życie tu zdecydowanie idzie własnym torem. Długie rozmowy, polemiki, debaty. Kłótnie, pojednania i gorące romanse. Intrygi… Radość, smutek i depresję… Wszystko spotkamy właśnie tu. Wielki gar emocji i uczuć .Nie bez powodu zainspirowałem się kultową produkcją Jima Jarmusha… ‚Kawa I Papierosy’. Kompilacja dziwnych rozmów, wydawałoby się dziwnych ludzi i to wszystko dodatkowo odbywa się za każdym razem w innej scenerii, która i tak w jakiś sposób jest… dziwna! Świetnie ten film oddaję realia panujące w gastronomii. Nieważne jest miejsce, w którym pracujemy, gdyż zawsze towarzyszyć nam będzie kawa… i papierosy. Mimo tego, że w modzie jest niepalenie, to chyba w naszej branży ten tręd jest słabo przyswajalny. Większy odsetek z reguły stanowią ludzie, którzy namiętnie uśmiercają się wypuszczając więlką chmurę nikotynowego smogu ze swych zmaltretowanych płuc… należę do nich…

Czas na przerwę… Wiąże się to z kolejna dawką kofeiny i aromatycznego tytoniu. Atakuję więc na tyły by ze swoim ziomkiem choć przez chwilę cieszyć się upragnionym smakiem rozmowy. Wkraczamy w zakurzony rewir przynależący do palarni, gdzie znajdują się inni cieszący się chwilą niezależnego oddechu… Puff Puff Pass… Cafe Zaplecze … Dopada mnie pewna kelnerka. Kontynuuję swoją historię życia, którą rozpoczęła mi relacjonować kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy się w pracy. Dziś ma pikantne wieści. Spadła na nią miłość… Świętujmy więc! Szczęściarzem okazał się być kucharz… pracujący w tej samej firmie… – ‚Tylko proszę nie dziel się nikim z tym!’… – ‚Luz.Możesz na mnie liczyć’. Kilka dni później, gdy beztrosko sączyłem kawę w ‚kawiarnii’, ponownie przeżyłem atak podnieconej kelnerki… Kolejna porcja świeżych informacji… Tym razem zostałem poproszony o poradę. ‚ Jest cudownie. Jest wręcz fantastycnie! Tylko mam z nim pewien problem. Maszt nie staję na baczność!’…. Co ja mam Tobie biedaku poradzić, skoro szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia o tym problemie… Na koniec z jej strony padło: ‚Tylko proszę nie dziel się nikim z tym!’. Oczywiście, że nikomu nie powiem… Jak się okazało, w przeciągu dwóch dni, o problemie jej nowego ukochanego wiedzieli wszyscy pracownicy firmy… yyy… Co więcej tekst – ‚Tylko proszę nie dziel się nikim z tym!’, padł co najmniej kilkunastokrotnie. Postawcie się w położeniu tego biedaka, który schodząc za każdym razem do cafe na przerwę, musiał dzielnie przyjmować na siebie sarkastyczny wrok każdego ze swoich kolegów czy koleżanek… Nie zdając sobie sprawy, ze skali swojego problemu…. Współczułem mu szczególnie…

Historia godna nieśmiertelnego serialu ‚Moda na sukces’. Telenowela, że hej….

Aktualnie siedzę w wygodnym fotelu i wygrzebuję z pamięci wszystkie godne uwagi momenty. Jest ich wiele. Dzielnie towarzyszy mi kawa. W mglistym świetle wydobywającym się z wiekowej lampki, zwijam fantazyjnie bibułkę formując zakazany owoc. Smakuję spoko… Brnijmy dalej…

Kolejną przerwę spędzaną w Cafe Zaplecze przychodzi mi dzielić z panią ‚ze zmywaka’. Ona lubi rozmawiać. Urocza kobitka w ciągu 5 minut jest w stanie wypunktować wady każdego z pracowników nie szczędząc nikomu. O zgrozo! Niczym katarynka strzela epitetami próbując włączyć mnie do zabawy. Zastanawiam się, kim jestem w jej oczach, a przynajmniej jak mnie przedstawia innym ludziom, z którym przychodzi jej cieszyć się przerwą. Ewakuuję się czym prędzej… Zachaczając o kuchnię, otrzymuję serię szowinistycznych kawałów od kucharzy, którzy doprawdy potrafią docenić piękno kobiecych kształtów. Po jakimś czasie wracam do kawiarni… Zastaję tam zmolestowanego managera, który topi swoją twarz w zmęczonych dłoniach. Chcąc go podbudować rozpocząłem dyskusję. Przez długość jednego papierosa wyznał mi wszystkie problemy. Zarówno te prywatne jak i zawodowe. Osoba, która w życiu nie przekazała by mi tak intratnych wieści, w kawiarni pod wpływem lirycznego nastroju i undergroundowego otoczenia… powierzyła mi tajne informację, które mówiły o kiepskim statusie lokalu, w którym pracowałem… Masz Ci pokój zwierzeń… Szczerzę mówiąc nie było to inspirujące, skoro uświadamiasz sobie, że nie ma fizycznej możliwości abyś zarobił złotówkę więcej w perspektywie bardzo długiego czasu…yhhh… kawiarnia…

Prawdziwy kolaż tematyczny. Rozmowy dotykające muzyki, sztuki, pięniędzy, seksu… życia. Wszystkiego. Przyjaźnie nawiązane podczas przebywania w kawiarni, umacniają się. Antagonizmy również. Undergroundowa kultura picia kawy (herbaty i czegokolwiek) wypracowana wskutek warunków, jakie wiążą się z pracą w gastro. Kocham tą grę… Mam nadzieję, że jeszcze nie jedna kawiarnia do ujarzmienia przede mną… Kontynuując i pogłębiając swoje uzależnienie od kofeiny… i rozmowy…

swiętyzbostonem@gmail.com

Z perspektywy barmana: KONKURS

KONKURS

‚ŚWIĘTY NA MAJKU’

Dziś pragnę być trendy więc będe nawijał na czasie. Nie ubieram się w kultowe marki, nie podróżuje zbyt wiele, od sushi zdecydowanie wolę knedliczki, schabowego czy flaki. Nie stać mnie nawet na botoks i osobistego trenera by wyglądać jak Krzysiu Ibisz. Zamiast kaloryfera mam kalafiora. Bajceps też mało widoczny i w moich żyłach nie płynie roket fjuel czy jakiś inny syf. Nie słucham Piotra Kupichy… Kocham za to kurzyć spliffa i pieścić kartkę papieru długopisem. Jestem zmuszony do uwspółcześnienia poprzedniego wersu – ‚ … i pieścić klawiaturę paluchami’. W tym odcinku będę trendy gdyż poruszę temat, który od jakiegoś czasu krąży z dużym natężeniem, w eterze. I dobrze…

Nagrody, publiczność, wrzawa, adrenalina i niepowtarzalne emocje. Wszystkie te rzeczy z zasady towarzyszą konkursom barmańskim, o których ostatnimi czasy zrobiło się dość głośno… A właściwie, to o jednym z nich. I to nie byle jakie wydarzenie. World Class Bartender Of The Year organizowany przez firmę Diageo Reserve Brands wydaję się być najbardziej prestiżowym ze współczesnych konkursów barmańskich na świecie. Na potwierdzenie tej tezy wystarczy wymienić chociażby ludzi, którzy są zaangażowani w tą inicjatywę: Dale De Groff, Gary Regan, Hidetsugo Ueno, Salvatore Calabrese, Peter Dorelli etc. Robi wrażenie co? Jestem przekonany, że każdy barman na tym dziwnym świecie marzy o uczestnictwie w tej inicjatywie. Przybić piątkę z Hidetsugo Ueno czy Dalem De Groffem przyprawiło by mnie o zawał serca. Co dopiero, kiedy miałbym być przez nich oceniany w wielu bardzo wymagających konkurencjach? Moja wyobraźnia nie osiągnęła jeszcze takiego poziomu wtajemniczenia, żebym mógł to sobie namalować w głowie…

Zboczyłem trochę z wyznaczonej wcześniej drogi więc wróćmy do wątku! Wokół World Class Bartender Of The Year ostatnimi czasy wrzało! Wszystko za sprawą barmana i rycerza dobrej wiary rodem z Rosji – Romana Milostivy’ ego, który to na swoim Facebook’ owym profilu opublikował post: ,,disappointed. very disappointed. DIAGEO DOESN’T allow me among many more bartenders in russia to take part in the WORLD CLASS. can’t believe it. just fucking can’t believe it. shame. disgrace. where is my shot of el dorado 12?”…

Większość barmanów z Rosji dowiedziała się o eliminacjach do tego prestiżowego konkursu, tuż… po ich zakończeniu. Przedstawiciele tej marki nie byli skłonni do przekazywania na ten temat jakichkolwiek informacji. Sprawa nabrała tempa po liście jaki wystosował Jörg Meyer na swoim blogu, do oficjeli marki Diageo Reserve Brands. Polecam gorąco tą zaiście interesującą lekturę: www.jrgmyr.com . Z tłumaczeń organizatora wynika, że każdy kraj przeprowadza rundę eliminacyjną na własną ręke. Ponadto w konkursie mogą brać udział barmani, którzy pracują na produktach Reserve Brands. No tak… Klasyka. W takim razie jak ten konkurs może obiektywnie wyłonić najlepszego barmana na świecie skoro udział w nim może wziąć zaledwie wyselekcjonowana grupa ludzi? W efekcie rosyjska brać wycofała się z uczestnictwa w dalszej fazie i wszystko oczywiście w ramach solidarności. Ha! Można! No właśnie… To zjawisko obserwatorom tego wydarzenia zdaję się umknęło. Ogromny pozytyw stłumiony przez kwaśny posmak całej sprawy. Jak się okazuję globalne środowisko barmańskie jest bardzo zintegrowane. Wspierajmy się bracia we wspólnej walce o lepszy świat!a

Więc posłuchajcie teraz Świętego z Polski co ma na języku! Opowiem Wam jak wygląda to w tym kraju. My o obecności World Class na rodzimej ziemi możemy jeszcze jedynie pomarzyć. Nie dorośliśmy do tego, żeby móc uczestniczyć w prestiżowych inicjatywach. Z takiego założenia wychodzą najwidoczniej… Sam nie wiem kto tym do końca steruję. W każdym razie nie ma i co więcej nie zapowiada się aby było. Konkursy miksologiczne? Znajdzie się kilka jednak dalej trzymają poziom krajowy . Kurcze. W zasadzie to nie trzymają żadnego poziomu…

Zabieg, który teraz wykonam będzie dość ryzykowny ale w 100% odda moje przemyślenia. Otóż opowiem Wam historie. Bohaterem jestem ja. Przyznam się do czegoś, do czego w gruncie rzeczy nie powinienem… Ale zrobię to… To najlepiej podsumuję prawdomówność inicjatywy, w jakiej miałem przyjemność uczestniczyć… Było to w zeszłym roku… Przed Wami… Dość krępujący fakt z mojego życia…

LET’S GET READY TO RUMBLEEE!

Zdecydowałem się na to. Stworzyłem dwie kreacje, zgodnie z regulaminem konkursu. Udałem się na eliminacje. Jestem w półfinale…

Półfinał. Zawodnicy zostali zaproszeni na godzinę 17. Konkurs startuję o 20. Ostatni test… wszystko mam. Czas na chwilę odprężenia. Włożyłem fajkę do ust, odpaliłem ląd i już po chwili wokół mnie unosiła się mgła dymu tytoniowego. Rozglądam się wokoło. Czujnie badam konkurencję. Spoglądam na lewo… i widzę. Stremowanego do granic możliwości rówieśnika konstruującego las deszczowy na szkle typu Martini, które ewidentnie dogorywa z nadmiaru obciążenia. Ten młodzieniec zaaplikował mu przegląd owoców egzotycznych w formie kapelusza. Po mozolnym przyozdobieniu pięciu kieliszków westchnął z ulgą. Po chwili jednak kolejno każdy z kieliszków wywrócił się pod nadmiarem ciężaru. Jest panika. Odwróciłem wzrok w prawo. Tam jeden z zawodników wycinał z melona… mandolinę! ,,Co to za klub, co to za miejsce” pomyślałem. Spojrzałem na swoją dekorację składającą się z zesta z pomarańczy i kilku listków mięty. Moje garni prezentowało się dość ubogo przy tym co oferowali moi rywale. Czy popadłem w kompleksy? Nie, aczkolwiek czułem się zmieszany gdyż nie do końca ogarniałem co się dookoła mnie działo. Każdy z uczestników do swojego autorskiego koktajlu dodawał sałatkę owocową i to dużą porcję… No ale cóż, mam przekonania i nie pójdę ich śladem…

Pierwsze wyjście, pierwszy koktajl. Obok mnie stoi mundurowy i uważnie notuję. Wszystko ogarnięte. Aperitiff na miękko. Sędzia nawet nie miał do mnie większych uwag więc czułem się usatysfakcjonowany. Drugie wyjście, drugi koktajl.. Jazda! Cisnę syrop chilli, jest i marakuja. Gdzie jest śmietanka?! No gdzie? A spoko. Jest… Trzeba lać… no i leje… jednak nie leci. Zaglądam do środka i co widzę. Widzę, że śmietanka się zważyła. I co? I jest panika. Zestresowałem się, pogubiłem… Koktajle jednak przyrządziłem. Schodząc ze sceny dotarł do mnie fakt, że poległem. Przez własną nieuwagę i jak widać złe przygotowanie. Niepocieszony tym faktem ruszyłem do baru i rozpocząłem torpedowanie bazy. Trzy szybkie pozwoliły mi przełknąć gorycz porażki. Nadeszło ogłoszenie wyników…

Chwiejąc się już delikatnie na nogach czekałem na swoją kolej aby odebrać nagrodę pocieszenia. Spiker powoli wyczytywał kolejno poległych zawodników więc miałem sporo czasu aby dopić swojego drinka. Światła migają, muzyka jest… niech więc wreszcie pozwolą mi wrócić do baru gdzie czeka na mnie wataha butelek. Czas upływa, a szklanka pusta…Kolejni zawodnicy odbierają swoje dyplomy. Otrzymałem znak od swojego kamrata, że chyba udało mi się wejść do pierwszej trójki bo już wszyscy zostali wymienieni… Taaaa?! Faktycznie… Świat upadł na głowę. Zajmę trzecie miejsce. Jak to? Alkoholu! Trzecie miejsce zajmuję… no też nie ja! O co tu chodzi?! Zasłużyłem na drugie miejsce na podium? No w żadnym wypadku. Na drugim miejscu uplasował się… nie Święty, gdyż on wygrał! Uuuuu…. Zwyciężyłem! Ktoś mnie wkręca. Odbierając nagrodę dalej się gorąco zastanawiałem czy nie jest to jakiś sen. Wszyscy dookoła mi gratulowali zwycięstwa, a ja ze wszystkich sił próbowałem dojść do siebie i… nie parsknąć śmiechem na cały głos.

Czas na ujawnienie tajemnicy mego zwycięstwa. Nie oczekuję od Was tego, że uwierzycie. Mam to gdzieś, gdyż jest to po prostu prawda. Tak było i ja to przeżyłem. Sekretem okazało się być to, że problem ze śmietanką tak mną wstrząsnął, że……… ZAPOMNIAŁEM DODAĆ ALKOHOLU!!!

Nie wlałem ani grama i widocznie kluczem do sukcesu było stworzenie bez alkoholowej kompozycji!!! Czy wy to pojmujecie… Nie użyłem wiążącego składnika, który jest istotą tego konkursu, a wygrałem deklasując rywali! Sedziowie, którzy potrafili postawić mojemu znajomemu minus 8 punktów, za zbyt lanserskie podejście do sprawy, nie zauważyli, że nie dolałem alkoholu! Och ambrozjo, jak smakuje zwycięstwo wyłożone ludzką nieuwagą i głupotą. Hmmm… Mazowsze dla Świętego, który nie dodał alkoholu!

Z jednej strony mam ogromną satysfakcje, że w tak dość niekonwencjonalny sposób udało mi się zwyciężyć półfinały i pojechać na wielki finał, który jednak już nie okazał się być tak szczęśliwy dla mnie. Widocznie ktoś inny zapomniał o %.. Z drugiej jednak jest mi żal, że żyje w kraju, który nie zasługuję na to, żeby odbywały się tu prestiżowe konkursy dla ludzi żyjących miksologią. Konkursy, które w obiektywny sposób wyłaniały by najlepszego barmana tego kraju i motywowały rzesze ludzi do samokształcenia i rozwoju…

Moje zwycięstwo jest niczym wobec tych patologii, które dotykają konkursów miksologicznych w Polsce.. Skorumpowanie, ustawianie wyników i przede wszystkim służbiści w mundurach trzymający swoje dłonie na chociażby tej inicjatywie, w której miałem przyjemność brać udział… i ją zwyciężyć… nie dodając alkoholu…

Do usłyszenia za tydzień…

swietyzbostonem@gmail.com

 

 

Z perspektywy barmana: Przychodzi Barman Do Barmana

Wszyscy dobrze znamy serię kawałów z cyklu :,, Przychodzi baba do lekarza”. Kultowych dowcipów o tych dwóch wesołych personach powstały tysiące. Nadszedł już czas, aby stworzyć nowy rodzaj humoru, który zawładnie umysłami naszego społeczeństwa, bezwzględnie pozbawiając królewskiego tronu babę i lekarza…

Niestety muszę zawieźć Wasze oczekiwania. Z tego tytułu nie będę sypał dowcipami z rękawa. Nie potrafię, nie umiem, nie znam… Natomiast chciałbym się skupić na patologicznym zjawisku, które czule dotyka naszych kamratów po fachu każdego dnia, co wcale nie oznacza, że nie będzie… wesoło.

Barmani dzielą się na dwie kategorie. Na pasjonatów, fanatyków, którzy poświęcają swoje życie tej profesji, systematycznie pielęgnujących swoje umiejętności, nie zapominając o tym, że najbardziej szlachetną cechą charakteru, jaka powinna im przyświecać jest… pokora! Po drugiej stronie lustra stoją weekendowi wyjadacze, którzy cechują się ogromnym poczuciem wartości, brakiem poszanowania dla bliźniego i przede wszystkim czysto komercyjnym podejściem do wykonywanego przez siebie zajęcia… To oni kreują nasz wizerunek, z tego względu, że niestety stanowią jeszcze większość.

Zaglądając do naszego Edenu, na starcie, częstują nas czerstwym uśmiechem. Na nasze powitanie reagują skwaszoną miną. Na próbę nawiązania polemiki odpowiadają agresywną odmową. To oni tu rządzą. No i startujemy…

UWAGA! BARMANI INSEKTY!

Och ambrozjo. Jak ja to kocham… Dokładnie. Rzecz dotyczy właśnie tego gatunku, który ze względu na to, że jest mu dane pracować w tej samej branży, wybierając się do baru, uważa, że wolno jest popsuć barmanowi, który go obsługuję humor, obrócić jego życie w koszmar i dokopać za wszelką cenę… Wygórowane poczucie wartości mobilizuję ich do pouczania innych i stawiania się na piedestale. Skąd takie zachowanie u nich, skoro szczytem ich ambicji wydaję się być tylko i wyłącznie zarabianie pieniędzy. Nie przyprawia ich o ekstazę poczucie spełnienia, które daję im nasza profesja. Wolny czas natomiast spędzają na pozbywaniu się głębokich kompleksów. W pobliskim barze, terroryzując swoją osobą biednego barmana, który ostatkiem sił próbuję z nim toczyć pojedynek. Pouczają Cię jak prawidłowo powinieneś przyrządzić dany koktajl, ile wynosi ustawowa miara etc. Barmani insekty, nie mający tak naprawdę szacunku do naszej profesji i przede wszystkim nie darzących tego pięknego fechtunku  szczerą miłością płynącą z serca.

Aby przybliżyć dokładniej Wam ich sylwetkę. Proszę bardzo :

,, Jestem barmanem i jak patrzę na Was to śmiać mi się chcę. Zupełnie nie ogarniacie.”;

,,Podejrzewam, że jeżeli Ty byś zrobił mi ten koktajl, to bym się zrzygał”;

,,Stary też jestem barmanem i nie nalałeś mi tu pełnej porcji”;

,,Beznadziejny bar i tacy sami barmani’ – To jedynie kilka cytatów,

Po co ze sobą rywalizować, po co ranić innych. Powinniśmy się jednoczyć, gdyż walczymy w tej samej sprawie. Widocznie niektórzy mają zupełnie inny pogląd w tej materii. Często bywa tak, że nawet nie zdajemy sobie sprawy, że właśnie mamy przyjemność obsługiwać barmana. To są reprezentanci dobrej strony mocy, którzy wybierając się do lokalu chcą cieszyć atmosferą w przyjacielskim klimacie, doceniając kolegę po fachu, który w tym czasie robi wszystko aby spełnić jego oczekiwania oraz zaspokoić jego wymagające kubki smakowe. Nie czują potrzeby chwalenia się swoim statusem. Po prostu chcą miło spędzić czas…

Tekst: Święty Z Bostonem

Zapraszam do konwersacji: e – mail: swietyzbostonem@gmail.com